Przysłowia, aforyzmy, myśli, wiersze o Matce
PRZYSŁOWIA
Jaka Mać taka nać.
llub
Jaka matka taka natka
Litościwa matka chowa parszywe dzieci.
MYSLI
Kochamy zanadto nasze dzieci, a za mało rodziców.
Alfred Aleksander Konar
Matka, to nie ktoś, na kim można się oprzeć, ale ktoś, kto uczy, jak się obchodzić bez oparcia. Dorothy Fisher
Wszystkie kobiety będą takie, jak ich matki i to jest ich tragedia. Żaden mężczyzna nie będzie taki, jak jego matka i to jest jego tragedia. Oscar Wilde
Nikt na całym świecie, żaden najmędrszy filozof nie poradzi tak młodej osobie jak roztropna matka, bo żaden nie może tak jej znać i życzyć. Klementyna Hoffmanowa
WIERSZE
DO MATKI Juliusz Słowacki
Zadrży ci nieraz serce, miła matko moja, Widząc powracających i ułaskawionych, Kląć będziesz, że tak twarda była na mnie zbroja I tak wielkie wytrwanie w zamiarach szalonych.
Wiem, żebym ci wróceniem moim lat przysporzył; Wszakże gdy cię spytają - czy twój syn powraca, Mów, że się na swem szczęściu syn jak pies położył I choć wołasz, nie idzie - oczy tylko zwraca....
Oczy zwraca ku tobie... więcej nic nie może, Tylko spojrzeniem... tobie smutek swój tłomaczy; lecz woli konający - nie iść na obrożę, Lecz woli zamiast hańby - choć czarę rozpaczy...
Przebaczże mu, o moja ty piastunko droga, Że się tak zaprzepaścił i tak zaczeluścił; Przebacz... bo gdyby nie to, ze opuścić Boga Trzeba by... toby ciebie pewno nie opuścił.
DO MATKI POLKI Adam Mickiewicz
O matko Polko! gdy u syna twego W źrenicach błyszczy genijuszu świetność, Jeśli mu patrzy z czoła dziecinnego Dawnych Polaków duma i szlachetność;
Jeśli rzuciwszy rówienników grono Do starca bieży, co mu dumy pieje, Jeżeli słucha z głową pochyloną, Kiedy mu przodków powiadają dzieje:
O matko Polko! źle się twój syn bawi! Klęknij przed Matki Boleśnej obrazem I na miecz patrzaj, co Jej serce krwawi: Takim wróg piersi twe przeszyje razem!
Bo choć w pokoju zakwitnie świat cały, Choć się sprzymierzą rządy, ludy, zdania, Syn twój wyzwany do boju bez chwały I do męczeństwa... bez zmartwychpowstania.
Każże mu wcześnie w jaskinią samotną Iść na dumanie... zalegać rohoże, Oddychać parą zgniłą i wilgotną I z jadowitym gadem dzielić łoże.
Tam się nauczy pod ziemię kryć z gniewem I być jak otchłań w myśli niedościgły; Mową truć z cicha, jak zgniłym wyziewem, Postać mieć skromną jako wąż wystygły.
Nasz Odkupiciel, dzieckiem w Nazarecie, Piastował krzyżyk, na którym świat zbawił. O Matko Polko! ja bym twoje dziecię Przyszłymi jego zabawkami bawił.
Wcześnie mu ręce okręcaj łańcuchem, Do taczkowego każ zaprzęgać woza, By przed katowskim nie zbladnął obuchem Ani się spłonił na widok powroza;
Bo on nie pójdzie, jak dawni rycerze, Utkwić zwycięski krzyż w Jeruzalemie, Albo jak świata nowego żołnierze Na wolność orać... krwią polewać ziemię.
Wyzwanie przyszle mu szpieg nieznajomy, Walkę z nim stoczy sąd krzywoprzysiężny, A placem boju będzie dół kryjomy, A wyrok o nim wyda wróg potężny.
Zwyciężonemu za pomnik grobowy Zostaną sucha drewna szubienicy, Za całą sławę krótki płacz kobiécy I długie nocne rodaków rozmowy.
SPOTKANIE Z MATKĄ Konstanty Ildefons Gałczyński
Ona mi pierwsza pokazała księżyc i pierwszy śnieg na świerkach, i pierwszy deszcz. Byłem wtedy mały jak muszelka, A czarna suknia matki szumiała jak Morze Czarne. Noc. Dopala się nafta w lampce. Lamentuje nad uchem komar. Może to ty, matko, na niebie jesteś tymi gwiazdami kilkoma? Albo na jeziorze żaglem białym? Albo falą w brzegi pochyłe? Może twoje dłonie posypały mój manuskrypt gwiaździstym pyłem? A możeś jest południowa godzina, mazur pszczół w złotych sierpnia pokojach? Wczoraj szpilkę znalazłem w trzcinach- od włosów. Czy to nie twoja? Ciemne olchy stoją na moczarze, rozsypuje się w mokradłach próchno. Ej, rozświstał się wiatr na rujarze, małe gwiazdki nad olchami zdmuchnął. Mała myszka przez ścieżkę przebiegła. Drogę mleczną nietoperz wymierzył. I wiatr ucichł nagle. I zza węgła z fajką srebrną w zębach wyszedł księżyc. Rozświeciły się świeceniem wielkim chmury, dziuple, żołędzie i sęki- jakby cały świat był srebrnym świerkiem, srenbrnym bąkiem grającym piosenki. Listki drżeć zaczynają, słońce wschodzi nad knieję, serce jak śnieg topnieje. Listkom rosnąć, opadać, ptakom też wiecznie nie żyć, Słońcu wschodzić, zachodzić, sercu gwiazdy i skrzypce. Jak pudełko świeczek choinkowych, nagle, w ręku, gdzies od dna kredensu, myśli nagle tak wchodzą do głowy, serce trącą i sercem zatrzęsą. Świeczki takie kupowała mama. One drzemią. W nich śpi piękny zamiar. Tylko rozwiń je i tylko zapal, a zobaczysz, co z tego wyniknie: w świeczkach błyśnie drogiej twarzy owal. Matka palec wzniesie. Wiatr ucichnie. Matkę w ręce ucałuj i włosy, potem śniegu po uliczkach rozsyp, żeby błyskał się i żeby chrzęścił. Potem wszystkie światła, co migocą, do walizki zamknij. Otwórz nocą, jeśli w drodze spotka cię nieszczęście. Lato w lesie. Ciemność zielona w świerkach. Szałwia. Zajęczy szczaw. Niebo obłoki zdejmuje. Ptak zerka. Trzmiele brzęczą wśród traw. Motyle żółte i białe jak latające listy. Cisza i światło. A tam dalej i dalej, za tym pagórkiem piaszczystym, też jest lato. Niebo to jest małe miasteczko w niedzielę, gwiazdy gapią się na ziemię z okien, a wiadomo, że gwiazd jest wiele i że wszystkie są niebieskookie. A tam w rogu, w mieszkaniu z balkonem, w jednym oknie, gdzie kwiat czerwony, a to drugie okno z drugim kwiatem... tam ty mieszkasz. I pogrzebaczem fajerki przesuwasz. I płaczesz. Bo tak długo czekasz mnie z obiadem. Idę do ciebie. W twoją zieleń. I w twoje śniegi. I w twój wiatr. W twój niezmierzony idę świat, gdzie pory roku na twej dłoni trojaka jak Siązaczki tańczą i kurz się wzbija, skrzypi wóz, odyniec biegnie przez mokradła i jeleń rośnie pośród światła, co, dzwoniąc, bębniąc, tarabaniąc, zaspane gwiazdy strząsa z brzóz. Jesień to skrzypce potłuczone, bezradna myśl nad ćwiercią smyczka, zima to plecy twoje białe, lato ? jak złota rękawiczka, którą porzucił w sadzie Jan, ten Kochanowski, co mu łyżką wystarczy stuknąć, a już wszystko tańcuje, niebo się otwiera, niebo niebieskich pełne piór, truchleje wilk, basuje bór głosem Szekspira i Homera. Ze srebrnych, księżycowych jezior delfin wysuwa ucho, jesiotr słuchaniem skraca sobie pobyt. A z lasu truchcik sarnich kopyt. Z rybackich ognisk bucha dym, skwierczy na sadle płotka żółta ? to w wierszach Jana tak. I w nim zakotwiczona moja nuta; i wszystkie, wszystkie, wszystkie muzy, bemole wszystkie, rytm i rym, i księżyc, mój ubogi kuzyn, co na telegraficznych drutach nocą nabija sobie guzy. But zgubił. Choć jest cały światłem, we łbie rozumu ani szczypty. I nieskończonym sznurowadłem wplątał się w moje manuskrypty.
|